RSS
 

Archiwum - Październik, 2013

Alpagi łyk i dyskusje po świt

29 paź

„Uni­wer­sy­tety są skar­bni­cami wie­dzy: stu­den­ci przychodzą ze szkół prze­kona­ni, że wiedzą już pra­wie wszys­tko; po la­tach od­chodzą pew­ni, że nie wiedzą prak­tycznie nicze­go. Gdzie się podziewa ta wie­dza? Zos­ta­je na uni­wer­sy­tecie, gdzie jest sta­ran­nie suszo­na i składa­na w magazynach. ”

Ach to studenckie życie! Nigdy tak naprawdę nie prowadziłam hulaszczego studenckiego życia, ale westchnąć za takowym mogę ;). Nareszcie trafiłam na kierunek, który ciekawi mnie w każdym punkcie i pierwszy raz, mimo zmęczenia po tygodniu pracy i nieprzespanej nocy, siedzę na wykładach i słucham każdego słowa. Zawsze próbowałam być pilnym studentem, ale jakoś nie bardzo mi to wychodziło. Myślałam, że to przez moje wrodzone lenistwo, ale nie! :) Wystarczy znaleźć coś pasjonującego i nie trzeba się do niczego zmuszać. Oczywiście wyrozumiale zakładam, że pogląd ten będzie się zmieniać im bliżej będzie egzaminu ;)

Możliwe również, że mój zachwyt studiami jest spotęgowany przez fajnych ludzi których mam w grupie. A nawet powiedziałabym jednego fajnego ludzia ale na razie nie będę rozwijać tego tematu, bo to żadna romantyczna historia. Powiem tylko, że to niesamowite nagle spotkać kogoś, kto od razu przechodzi na taki bliższy kanał porozumienia, jakby wskakiwał na swoje miejsce w naszym życiu i dziwnie jest pomyśleć że jeszcze wczoraj go nie było. Dzięki tej osobie przypomniały mi się dawne czasy, kiedy miasto G. było całym moim światem, a widmo matury jedynym stresem na horyzoncie. Całkiem fajne czasy ;)

PS. Z B. spędziłam już drugi wieczór. Nasze spotkania są inne niż kiedyś, bez fajerwerków, ale ciągle całkiem miłe :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Towarzyskość na 110%

25 paź

„Ludzie, którzy nie potrzebują innych ludzi, potrzebują innych ludzi, by im okazywać, że są ludźmi, którzy nie potrzebują innych ludzi. ”

Ze skrajności wpadam prosto w skrajność. Kolejną konsekwencją otwartości na ludzi, jest to że oni zaczynają być otwarci na mnie. Ostatnie dni nie udało mi się za wiele popracować, musiałam za to herbatę pić duszkiem, bo co chwile ktoś mnie wyciągał na kolejną. Fajnie tak, ale zaczynam już mieć wyrzuty sumienia, terminy gonią, a ludzie przychodzą pytać się o wyniki (ale mnie nie znajdują przy biurku, bo ja przecież na herbacie). Na swoją obronę powiem tylko, że powodów mojego braku motywacji do pracy jest kilka. Ciężko się zabrać jeśli naprawdę nikt nie wie ani co ja robię ani po co. Nie chodzi o to, żeby popędzał mnie oddech kierownika na karku, za to choćby uprzejme zainteresowanie zdziałałoby cuda.

Tylko czy naprawdę potrzebujemy cudzej akceptacji, żeby być zadowolonymi z własnej pracy? Tak bardzo nie możemy się obejść bez „poklepania po plecach” ? Osobiście spróbuje znaleźć sens i motywację do pracy wewnątrz mnie, odpowiadając sobie na pytania typu „Co mi to da?” albo chociaż „Czy dzięki temu uratuję ludzkość?” . Tak będzie bezpieczniej, nikt mnie nie zniechęci, a i ewentualne pretensje tylko do siebie ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Raz dwa trzy, będziesz Ty!

24 paź

„Na początku było nic. I rzekł Bóg: „Niechaj sta­nie się światłość” i da­lej nic nie było, tyl­ko te­raz można to zobaczyć. ” Pratchett

Jak nie ma nic, to nic nie ma, a jak jest to wszystko na raz. Na biurku nowe trzy czerwone róże, a co nawet bardziej istotne – wstawione w wodę(sic!) w pojemniku po płytach CD. Może i przesadnie zwracam uwagę na szczegóły, ale odpadło mi bieganie po kuchni w poszukiwaniu słoika czy grzebania w śmieciach za butelką po soku. No z tymi śmieciami to żartuję, ale niewiele brakowało ;) więc dbałość kolegi o wodę została ciepło przyjęta. Na moje pytanie, o co chodzi z kwiatkami rzucił tylko niewinnie „a bo zauważyłem, że poprzednie Ci się skończyły”. Romantyk przez duże „R”. Nadal obstaję, że to bardzo miłe, chociaż współpracownicy już dopatrują się sensacji i rzucają znaczące spojrzenia, a co śmielsi podchodzą z pytaniem „o co chodzi z tymi kwiatami?”. Mam nadzieję, że niektórym da to do myślenia i ich żony/partnerki dostaną chociaż goździka.

Natomiast z drugiego frontu mam B. który teraz grubo sadzi teksty o wspólnych dzieciach (ile tylko zechcę i najlepiej zacząć już dzisiaj), wspólnej starości (to przecież już niedługo), zamieszkaniu razem (najlepiej od tego zacząć i to jak najszybciej) i że nasza miłość jest nieustająca (pół roku temu powiedział że mnie nie kocha tylko dlatego, że go przyparłam do muru i to w nieodpowiednim momencie, a właściwie to zmanipulowałam go żeby tak powiedział). Wystarczyłoby powiedzieć mu, że to już koniec, że nie ma szans, jestem już za daleko, bez radości, bez nadziei, bez miłości…A jednak nie potrafię go odpuścić. Makabra, prawda?

Muszę się skupić na czymś innym, inaczej zwariuję. Znaczy zwariuję bardziej ;) Psiapsiółka o której wspominałam już kiedyś, zaczęła ćwiczyć. Idę w jej ślady. Tym bardziej, że na rehabilitacjach odkryłam że jestem tylko prawoskrętna, lewoskręt jakoś mi nie wychodzi. Pora doprowadzić siebie do stanu względnej używalności ;)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Why so serious?

22 paź

„Kłopot z życiem po­lega na tym, że nie ma okaz­ji go przećwiczyć i od ra­zu ro­bi się to na poważnie.” Pratchett

Przyzwyczajenie to nasze cholerne drugie imię, a przyzwyczajenie umysłu jest najgorszym rodzajem. Tak łatwo dać się złapać na stare gierki, a tak trudno przełamać schemat i po prostu przestać grać. Niestety załapałam się na stare chwyty serwowane przez B. i właściwie zaczęłam przepraszać za pójście na fajny film s-f   (bo On chciał  mnie na niego zaprosić!). Pomijam fakt, że by nie mógł tego zrobić nie tracąc jednocześnie dachu nad głową („no przecież nie odwróciłabyś się ode mnie w takiej sytuacji, przecież to by było przez nasze wspólne wyjście”). Zamiast wycofać się z gry, czy choćby zachować w tej grze neutralność („ano poszło mi się do kina”) to ja brnę w kontrargumenty, nerwowe tłumaczenia i konsekwentnie utwierdzam się w przekonaniu o mojej nielojalności.

Ja też się zastanawiam co ja tu dalej robię, no i dlaczego ciągle jestem taka naiwna i biernie przyjmuję wszystko na klatę – nie mężnie, ale właśnie biernie. Choć raz chciałabym się tak porządnie wkurzyć i powalczyć o siebie. Choć raz chciałabym chcieć ;) Wygląda na to, że nie mogę czekać na wewnętrzny płomień sprawiedliwości i prawości, który gorejącym mieczem w lesie problemów wyrąbie mi drogę do szczęścia. Z kwaśną miną muszę nad asertywnością popracować krok po kroku.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Z pamiętnika ekstrawertyka

20 paź

„Więc patrz, bo właśnie idę dać sobie radę!”

Grupa przyjaciół to fantastyczna sprawa :)  A jeśli owi przyjaciele na dodatek mają energię i pomysły to już w ogóle raj na ziemi. Wczoraj na inauguracji klubu czytaczy książek poczułam się jakbym znowu była na studiach i zawzięcie dyskutowała o zawiłościach ludzkiej duszy. Aż chce się żyć :)

A ponieważ zaczęłam własnie studia podyplomowe to wrażenie studenckiego życia jest dodatkowo wzmocnione. Mój introwertyk gdzieś sobie chwilowo poszedł więc mogłam się cieszyć przejawami zdrowej śmiałości i upajającego luzu, kiedy jest człowiekowi wszystko jedno i po prostu zagaduje. To nietypowe dla mnie, ale czułam się świetnie nie analizując niczyich zachowań czy uśmieszków oraz mając głęboko w dupie co kto o mnie pomyśli. Żeby tylko zachować ten stan i nie zacząć się na powrót unieszczęśliwiać ;)

Konsekwencją luzu i otwartości na ciekawych ludzi było wyjście dzisiaj do kina z kolegą od kwiatów. Poprzedzone oczywiście długim okresem nerwowych rozmyślań czy aby nie jestem nielojalna wobec B. (niby nie jesteśmy razem, ale przecież wiem, że nie pierwszy raz tak bardzo nie jesteśmy, że aż jesteśmy).  W ostatecznym rozrachunku (i po dwukrotnym upewnieniu się, że kolega rozumie że to jedynie koleżeńskie spotkanie) poszłam i jestem miło zaskoczona tym, jak sympatyczne to wyjście było. Zapomniałam jak to jest tak po prostu pójść do kina (z kolegą), a potem pospacerować z kubkiem gorącego cappuccino w ręce. Nie byłabym sobą, gdybym trochę się nie upaćkała tą kawą, ale i tak było fajnie.

To ma też swoją drugą stronę. W piątek wracając późnym wieczorem z zajęć zbliżając się do domu usłyszałam że ktoś za mną biegnie. Czułam że biegnie do mnie ale ze stresu nie mogłam nawet się obejrzeć, tylko skuliłam się oczekując ataku. Owym napastnikiem na szczęście okazał się B., który zapomniał że byłam na pierwszych zajęciach na studiach i nie mogąc się do mnie dodzwonić zestresował się wyobrażeniami o randkach i konkurentach. To oczywiście w pewnym sensie nawet miłe, ale dlaczego dopiero teraz?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Idź do masażysty, mówili…

17 paź

„W zdrowym ciele zdrowy duch”.

Myśląc w ten sposób wybrałam się naprawić kręgosłup. Ortopeda popatrzył, podotykał i skierował na rehabilitacje. W zamierzeniu miały mi pomóc, ale jestem prawie pewna że coś zostało źle odczytane i zamiast poprawy ledwo mogę teraz się schylić. Zaczynam wątpić też w tych fizjoterapeutów. Jakoś tak intuicyjnie nie pasuje mi to, że po podłączeniu mnie do prądu, potraktowaniu laserem a potem zamrożeniu części moich pleców nagle ma mnie przestać boleć. Chyba że to ma działać jak w tej bajeczce o nieszczęśliwej księżniczce i szewcu który kazał jej nosić niewygodne buty. Jak zdjęła te buty to dopiero wtedy się uśmiechnęła. I rzeczywiście, schodząc z kozetki uśmiech miałam jakby nieco szerszy ;)

Kwiaty od kolegi okazały się nie być pojedynczym epizodem. Po weekendzie zastałam na biurku kolejne czerwone róże. Jakkolwiek miła jest czyjaś adoracja, o tyle poczułam się jednak niekomfortowo. W końcu chcę w pracy być profesjonalistą, a jakiekolwiek sentymentalne ekscesy mi w tym nieco przeszkadzają. Nie brałam już tych kwiatów do domu, bo boję się, że jak je zdejmę z biurka to na drugi dzień pojawią się tam następne. Kolega chyba nie zrozumiał delikatnej aluzji, że nie mogę się przez te kwiaty skupić na pracy. Czasami żałuję, że nie jestem wredną babą, która potrafi bezczelnie powiedzieć jak jest i co jej się nie podoba. Wrażliwcy mają jednak trudniej.

B. nie odpuszcza ale doświadczenie mi mówi, że to jednak kwestia czasu. Nadal dzwoni codziennie i widzę, że stara się zmienić, stara się starać. Łatwo temu ulec, bo jest między nami nić bliskości, porozumienia i to wrażenie że znamy się na wylot (a przynajmniej ja jego). To ulga nie musieć nic udawać, bez stresu mówić największe głupoty wiedząc że i tak nie będzie kompromitacji. A co z asertywnością? No przyznaję słabo, ale wierzę w lepsze jutro. Cóż mi innego pozostaje? ;)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tam i z powrotem

13 paź

„A droga wiedzie w przód i w przód…”

Wróciłam z azylu i od razu twardo zderzyłam się z rzeczywistością. Musiałam przywołać Przyjaciela myślami, tylko jak zwykle coś poszło nie tak. Zamiast słów pełnych ciepła i serdeczności dostałam do sprawdzenia pozew o rozwód. Nic to. Przetrwam.

Wczoraj jedna z moich bliskich psiapsiółek w przypływie pijackiej szczerości przyznała, że ma strasznie słabą wolę. Mimo mocnych postanowień dotyczących zrzucenia paru kilo przez ostatnie dwa tygodnie była tylko raz na zumbie. Dało mi to do myślenia, bo sama wzdycham za czasami gdy żołnierska dyscyplina była na porządku dziennym i budzenie się pompkami nie było ponad moje siły. Czy lenistwo, a raczej wygodnictwo, staje się mocniejsze wraz z upływem lat? A może tak często czujemy się zmuszani do czegoś (przez pracę, zdrowie, innych ludzi itp.) że chociaż sami dla siebie chcemy być wyrozumiali i wybaczający. Pytania na razie pozostają bez odpowiedzi, a ja tymczasem zobaczę czy uda mi się obudzić w sobie żołnierza. Ćwiczyć zacznę jak zwykle od jutra :D.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kici kici, cip cip cip…

12 paź

„Wsi spokojna, wsi wesoła…”

Ten kto to wymyślił to dopiero miał poczucie humoru. Ta konkretna wieś to prawdziwa dżungla. Psy polują na kury, koty polują na gołębie, a konie polują najczęściej na moją czapkę i mogę przysiąc, że działają w zmowie. Ciągłe gryzienie, dziobanie, drapanie i znowu gryzienie uznaję za pozytywne wiejskie przygody. Odpłacam pięknym za nadobne ;)

Tak naprawdę to się tu ukrywam przed światem. To mój azyl, miejsce gdzie czas stanął i mogę na chwilę przestać myśleć o moim zmarnowanym życiu. Poudawać, że znowu mam 16 lat i tak naprawdę nic jeszcze nie „powinnam”. Czasami nawet się łudzę, że mój Przyjaciel czeka na mnie w domu, niedługo znowu mnie przytuli i nazwie swoją Księżniczką. Śnię na jawie, że jeszcze mu na mnie zależy…

Wiem, że to nie ma sensu, tyko jak się z tym pogodzić i iść dalej? Zmarnowałam już jedno życie, nie chcę marnować kolejnych. Mówią, że podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Daję więc sobie jeszcze czas i planuję jedynie jutro. No, jeszcze ewentualnie czwartek z Duszkiem ;)

B. dzwoni codziennie. Przez długie miesiące właściwie ze mną nie rozmawiał i nie bardzo wiem jak mam się teraz zachować. Czuję się z tym nieco obco. Zresztą rozmowom zawsze towarzyszą dziecięce wrzaski po jego stronie, a dziś nawet milcząco asystowałam podcieraniu latorośli  („no nie zaciskaj pupy!”). Jest to jednocześnie rozczulające i dystansujące. No nic, planuję jutro, a w jutrze nie ma B.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Where does the journey end?

11 paź

„Bo do domu, do domu pociąg wiedzie nas…”

No, może nie pociągiem a wygodnym samochodem, ale prosto do domu rodzinnego. Jedynego domu gdzie ta nazwa ma dla mnie sens. Jednoosobowa rodzina jest, no cóż, nieco mało rozmowna i zdecydowanie za mało się przytula ;).

Dzisiaj zastanowiło mnie jak bardzo jesteśmy niewolnikami przyzwyczajeń. Podgrzewając pierogi na obiad stwierdziłam, że wstawię zmywarkę i dopiero słysząc jej radosne buczenie dotarło do mnie że w środku są wszystkie widelce. Stanęłam więc przed wyborem zjedzenia pierogów łyżką lub użycia plastikowego widelca wyszukanego w panice na dnie szafy. Przyzwyczajenie górą, wybrałam widelec, choć do tego konkretnego dania nie był konieczny. Przyzwyczajenia rzeźbią w naszych umysłach swoje ścieżki i ciężko wytyczyć nowe szlaki. Ponoć wypracowanie nowych nawyków trwa około 3 miesiące. Może pora przyjrzeć się sobie i, już teraz bardziej świadomie, popracować nad dobrymi nawykami i wyplenić niepotrzebne przyzwyczajenia?

Póki co wdzięczna jestem pewnemu przyjacielskiemu duszkowi, który zaraził mnie syndromem „przy okazji”, czyli nawykiem np. wynoszenia brudnych naczyń z pokoju przy okazji robienia sobie w kuchni herbaty ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A co Ty taka sino bladozielona?

10 paź

„(…) zdrowie, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie…”

Do końca tygodnia na L4*. Gwiazdka oznacza, że to jednak pracujące zwolnienie, w końcu terminy nie chorują. Nie jest źle, siedzę sobie w cieple, popijam herbatkę, róże mi pachną ;).

Tylko tak jakoś smutno. Brakuje mi mojego najlepszego przyjaciela i towarzysza większej części mojego świadomego życia. Nie jestem jeszcze w stanie o tym pisać. Relacja z nim była tak bliska a rana teraz tak głęboka, że wszelkie słowa wydają się zbyt płytkie. Najwyższa pora pogodzić się z tym, że zaczął on już nowe życie i bliska znajomość ze mną nie jest wskazana. Zaczynam myśleć, że dorosłość, a raczej dojrzałość polega na radzeniu sobie z brakiem rzeczy i osób nam niezbędnych.

Za to B. nie odpuszcza. Dzisiaj wyciągnął mnie na krótki spacer i nawet przyjemnie się naładowałam fotonami gorącego południowego słońca. Jednak zaufanie raz nadszarpnięte ciężko odbudować, a co dopiero szarpane siedem czy osiem razy. Serducho w jaskini nasłuchuje, ale ani myśli wychodzić.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii