RSS
 

Archiwum - Listopad, 2015

Świat ma wymiary 2×2

30 lis

„Naj­gor­sze chwi­le w życiu to te, kiedy nic się nie dzieje, bo to oz­nacza, że za­raz tra­fi człowieka coś niedobrego.” Terry Pratchett

Nie patrzcie na mnie, tym razem nie miałam z tym nic wspólnego! Po prostu długie miesiące nic się u mnie nie działo, no i zgodnie z zasadą można się było czegoś spodziewać. PS tylko jęknął „Dlaczego ja muszę być wciągany w te Twoje melodramaty?”. Co się stało? Ano serial argentyńsko-brazylijski trwa, ale od początku.

Ostatnio B. zaczął zapraszać mnie na herbatę do siebie, w sensie upierał się żebym go odwiedziła razem z PSem i Hrabią. Za pierwszym razem go zbyłam, ale jak uparcie ponawiał zaproszenie to twardo odmówiłam, mówiąc że co on sobie wyobraża, że mi nie będzie miło odwiedzać go całą rodziną, a on mnie będzie podejmował herbatką razem ze swoją dziewoją? No bez jaj! „Nie zamykaj się na świat” mi rzucił i doradził jeszcze przemyśleć sprawę.
Nie chcę się zamykać na świat, wystarczy mi zamknąć się na niego ;) .
A teraz wyszło dlaczego mu tak zależało na tej herbacie.
B. odchodzi z pracy. I zgadnijcie dokąd…. To jest jednak problem, że wszyscy obracamy się w tej samej branży…
B. bowiem idzie tam gdzie pracuje PS. (Tutaj następuje seria błyskawic i złowieszczy śmiech w tle)

Przyznaję, wizja że B. z PSem będą się trącali w pracy kolankami nieco mnie bawi, jednak jest to sytuacja niełatwa. Tym bardziej, że B. jest w dobrych kontaktach z ich szefową, co stawia PSa w nieco gorszej sytuacji całkowicie bez jego winy…
Bogowie, dlacego ten świat jest tak mały?!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dobra wróżka, bo nie gryzie.

26 lis

„Magia ma jednak w zwyczaju czekać w ukryciu niby grabie leżące w trawie.” Terry Pratchett

Magia… Tjaa… Zamiast rzucać magiczny pyłek wali obuchem prosto między oczy. Kto bowiem pojawił się na horyzoncie lecąc na złocistej chmurce? Ano B. Z tym samym smętnym spojrzeniem w swoich wiernych oczach, mówi łamiącym się głosem, że on przecież tak się stara o swoją O., tak chciałby się wprowadzić do jej dużego mieszkania, ale ona nie chce! I że chyba dopiero jak on ją rzuci to ona zrozumie, że źle postępowała, ale dopiero rozstanie jej to uzmysłowi, więc dopiero następny jej związek będzie udany. Musiałam mieć fajną minę bo nieco się zacukał w tym momencie. Rzuciłam krótkie „O popatrz, karma”. I nawet mnie to rozbawiło. Tylko, że ta głupia magia, ta chemia między nim a mną, już zarzuciła pęta i na jego słowa, że przecież ja bym nie miała takich oporów przed wspólnymm mieszkaniem, zareagowałam nieco emocjonalnie. „Opory?” – mówię – „Facet, ja byłam gotowa zamieszkać z Tobą na drugim krańcu Polski, żebyś miał blisko do dzieci, gdyby ci je ta smoczyca ex wywiozła”. Łzy stanęły mu w tych szarych oczach, „To między nami było uczuciem na które czeka się całe życie, Anomalio.”
Ech B., warto było grać ciągle w tę FIFE?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Nie wierzę w astrologię, bo jestem spod znaku Ryb, a Ryby nie wierzą w astrologię.”

18 lis

„- Czy to nie znak? – zastanowił się Cohen. – Musi przecież być jakaś świątynia, której nie okradłem.
– Kłopot ze znakami i omenami – wtrącił Mały Willie – polega na tym, że nigdy nie wiesz, do kogo są skierowane. To tutaj może być całkiem dobrą wróżbą dla Honga i jego kumpli.
– No to ja ją zabieram – oświadczył Cohen.
– Nie możesz ukraść przesłania od bogów! – zaprotestował Saveloy.
– A co, jest do czegoś przybite? Nie? Na pewno nie? I dobrze. Czyli jest moje.” Terry Pratchett (z książki Ciekawe czasy)

Bóg, astrologia, przeznaczenie czy fusy z herbaty – czasami w życiu trzeba po prostu dobrze odczytać sygnały. Dla niewierzących w „znaki” nazwę to symptomami, które możemy wyprognozować na podstawie analizy historycznych zdarzeń, a mogących być punktami zwrotnymi w dziejach. Postanowiłam czytać znaki. A nawet bardziej – postanowiłam przywłaszczyć sobie znaki i uczynić nieodwracalnie moimi ;) . Do rzeczy…
W obecnej chwili powinnam bawić się w barze na firmowym wyjściu integracyjnym, a jednocześnie pożegnaniu odchodzącego w siną dal kolegi. Zostałam jednak wystawiona do wiatru przez kumpele z działu, która wczoraj ochoczo zaproponowała podwózkę, żeby dzisiaj skruszona zadzwonić, już z owego baru, że jednak już tam jest i do tego beze mnie, bo dzisiaj się nie przypomniałam i w ogóle to no właśnie. Kolejne niezbyt miłe doświadczenie z udziałem raczej miłych mi ludzi. Mówi się trudno, tym bardziej że Hrabia akurat postanowił dzisiaj pokoncertować z solidnymi wrzaskami zasypiając dopiero przed północą. PS zostawiony z tym sam na pewno pożałowałby swojej bohaterskiej decyzji zajmowania się Hrabią na pełen etat, tym bardziej że już miał swoje pierwsze załamanie („Masakra, ja nie wytrzymam, dlaczego On nie śpi w nocy? Dlaczego on nie śpi w dzień? Dlaczego On nie chce leżeć, siedzieć, stać, być noszonym, być nienoszonym…?!”). Mimo, że szkoda fajnego wyjścia, to jednak wyszło na dobre (no, może nie na dobre dla mnie, ale powiedzmy że tak ogólnie „na dobre”).
Jakie w tym wszytkim znaki? Ano takie, że firma (i jednocześnie pracujący w niej ludzie) nie jest już dla mnie przyjaznym miejscem (analogicznie przyjaznym towarzystwem), azylem w którym można się schronić na dłużej. Ewidentnie mam być jak najszybciej gdzie indziej. Zakładam, że w domu i do tego w liczbie mnogiej ;) . Jak widzicie, kto szuka powodów (znaków) to je znajdzie i przystosuje do swoich potrzeb :D

Muszę też wprowadzić pewną korektę do poprzedniego wpisu. Subiektywnie przedstawiłam mojego szefa jako, no, pantoflarza będącego pod wpływem nowej Laski. W pewnym sensie tak jest ale nie do końca. Szefo najzwyczajniej w świecie ma gdzieś kto gdzie siedzi i przyjmuje założenie, że innym też jest raczej wszystko jedno. Jednocześnie jest on facetem, więc kompletnie nie czuje tej kobiecej drugiej warstwy interpretacyjnej, która czai się we wszystkim co robimy i mówimy. Dla niego ja siedzę tu albo tam, a walki i przepychanki na autorytety i „wpływy” on nie zauważa. Ot, typowy facet.
A Laska? Cóż, jej odpuszczam. Za bardzo pierdołowata jest ta sprawa, a Laska merytorycznie jest naprawdę dobrym i zdolnym pracownikiem, więc nie mam nawet do czego się jej przyczepić. Tylko na weselach będę uważać, żeby nie grać z nią w zabawę, gdzie chodzi się dookoła krzeseł, bo gdy muzyka ustanie na pewno mnie podsiądzie… ;)
Inna sprawa, że słuchać ich czasami nie mogę.
„Szefo: Och, Laseczko, ty na pewno nie odmówisz krówki, prawda? Poczęstuj się.
Laska: Och, och, jak dobrze mnie znasz, no nie odmówię, hihi.”

Lubią się ewidentnie, więc pozostaje mi jedynie zejść im z drogi i robić swoje. W obliczu ostatnich zamachów w Paryżu sprawa miejsca w pracy staje się tak błaha że aż śmieszna. Żywię pewną obawę, że za parę/paręnaście lat będę zmuszona nosić burkę i siedzieć w domu bez możliwości pracy w ogóle. PS już mnie poinformował, że w takim wypadku będę tą żoną od seksu, a nie od gotowania. Mądry facet, kto by chciał mieć codziennie na obiad gotowaną herbatę? ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie wstanę, tak będę leżał!

06 lis

„porządek, porządek, to wróg zwierządek! ” Pan Kuleczka

No to wróciłam do pracy. Pełna nadziei i wiary, z głową pełną wspomnień fajnych dyskusji przy kawie, ciekawych zadań i społecznego rozpasania. Przekraczałam firmowe drzwi z uśmiechem niczym przedszkolak w swój pierwszy dzień, tuptający z naiwnym przeświadczeniem, że tam gdzie idzie będzie dużo zabawek i miłe ciocie… Przeszłam przez te drzwi i ….. jebs! rzeczywistość uderzyła w twarz jak obuchem. Najchętniej nie przyszłabym do pracy już w ogóle ;) .
Nie chodzi nawet o tęsknotę za Hrabią i jego cieplutkimi paluszkami. PS jest naprawdę cudownym tatusiem, dużo spacerują i ogólnie się raczej chłopaki dobrze bawią.
Gorzej w pracy. Kurde, dlaczego ja się zawsze muszę denerwować pierdołami?
Sprawa jest taka, że jak tylko urodziłam Hrabiego, moj dział przeniósł się do innego pokoju. Mimo to, przez te 9 miesięcy mój przełożony wskazywał puste biurko przed nim i mówił że spoko, że czeka na mnie i luzik. Ostatnio dwa tygodnie temu jak byłam w Bunkrze z Hrabią to nawet siedziałam chwilę na tym wskazanym „moim” miejscu. No i wchodzę w poniedziałek do pokoju – wyobraźcie to sobie dobrze, Anomalia miło i naiwnie uśmiechnięta, pełna nadziei, w głowie bawią się jednorożce na tle tęczy – podchodzę do wskazanego mi wcześniej miejsca, a tam siedzi jedna taka młoda laska (kiedys wydawało mi się, że fajna) i bez słowa powitania rzuca „To nie Twoje miejsce, Ty tu w ogóle nie siedziałaś, teraz JA tu siedzę i JA się stąd nie ruszę”. Gadałam potem z szefem i mówię, że nie bardzo wiem gdzie mam siedzieć. On na to, że ta nowa siedzi tu ze trzy dni i to tymczasowo i on jej wyśle dyplomatycznego maila żeby się przesiadła, bo miejsce jest jak najbardziej moje. Laska jednak twarda, rzuciła mi tylko, że „Tę bitwę wygrałaś, ale jeszcze zobaczymy” i wysmarowałą pewnie szefowi niezłą odpowiedź, bo przybiegł od razu z podkulonym ogonem do mnie, mówiąc że trzeba to inaczej rozwiązać i on mi odstąpi jego miejsce. Zwiątpiłam w tym momencie czy jestem w pracy czy jednak z powrotem w podstawówce…
Skończyło się na tym że przez kilka dni tułałam się po biurkach osób, których akurat nie było w pracy, aż nie dostawili takiego mniejszego biureczka w kącie.
Żeby tego było mało, na koniec dnia dostałam zadanie od szefa, ale następnego dnia rano okazało się, że już je przejęła ta nowa Laska (no nie jest nowa, z innego działu przyszła tydzień przed moim powrotem). Szef znowu, cichutko podszedł i mówi, że skoro ona się tym zajęła to już jej zostawmy.

Mój ambitny plan, żeby się przez te pół roku wykazać i zapracować na awans na experta raczej spala na panewce. Faworytem w oczach szefa na pewno już nie jestem i jego słowa sprzed kilku miesięcy „na przyszły rok na pewno zostaniesz ekspertem” muszę potraktować jak synonim dla „to biurko na pewno jest Twoje”.

Reakcja PSa na to wyszystko jest najlepszym podsumowaniem: „Fajnie, to robimy drugiego Dziabąga!” ;) ;)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii