RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2015

Coraz bliżej święta :)

17 gru

„Nie war­to uciekać przed nieunik­nionym, gdyż wcześniej czy później tra­fia się w miej­sce, gdzie nieunik­nione właśnie przy­było i czeka. ” Terry Prattchet

Święta się zbliżają, pora popracować nad świątecznym nastrojem :). Lasce powoli wybaczam (ale nie zapominam! hehehe). Trochę pomaga mi w tym otoczenie, które powoli zaczyna dostrzegać pewną infantylność jej zachowania, czy podlizywanie się szefowi, a na pewno nieustanne gadulstwo o pierdołach, jak wczoraj rano „ugotowałam ryż, ale zaponiałam go zabrać, zadzwoniłam do chłopaka i faktycznie ten ryż zostawiłam na stole”, czy dzisiaj rano „Muszę wziąć tabletkę. Ojejku, ktoś do mnie napisał maila! Ma ktoś cukierka? Zjdłabym cukierka”. No dla mnie to już powoli niesitotne, po nowym roku zmieniam dział i pokój, będzie dobrze :) .

Z B. też trzeba odpuścić, za chwilę zniknie z firmy, a co z oczu to wiadomo z dupy ;).
Ostatnio mnie podwoził pod dom po pracy (tak, głupia jestem, po co w ogóle z nim się zabieram, nie? ;) ) i widzę, że nie mogę się powstrzymać, żeby nie tłumaczyć mu dokładnie jak bardzo zjebał z nami i jaki to jest winny wszystkiemu. Zupełnie niepotrzebnie, jego wygodna pamięć i tak ustawia wszystko zupełnie inaczej niż ja to widzę. Nie zmienię tego, nie ma sensu więc próbować. Zresztą po co? Na koniec jak wysiadałam pod moim domem miałam wrażenie że liczy na to, że rzucę mu się w ramiona jak dawniej. Tjaa… Hasta la vista, baby.

Najbliższy rok zacznie się zmianami z przytupem. Coś czuję, że zbliża się nieuchronnie moment, kiedy w końcu będę musiała dorosnąć ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wiatry zmian, idzie zima ;)

10 gru

„Life is not a race to restore a past situation. Nor does one have to hurry to meet the future. Seeing how things change is what makes life interesting.” Ronica Vestrit, The Liveship Traders Trilogy by Robin Hobb

Już ponad miesiąc PS siedzi w domu z Hrabią na urlopie rodzicielskim (naprawdę ktoś powinien wymyślić inną nazwę niż „urlop”) i muszę przyznać, że nastąpiła przemiana jakiej w najśmielszych marzeniach nie przewidziałam :) Okazało się, że siedzenie w domu dzień w dzień sprawiło, że PS zaczął ze wstrętem patrzeć na otaczający go bałagan i po prostu wziął się do roboty. Już nie muszę martwić się o sterylizację butelek czy po nocach gotować wodę dla Hrabiego – PS ogarnia to wszystko na medal. Nawet w nocy wstaje bez szemrania i karmi, nosi czy co tam jest potrzebne. Ja też wstaję ale dużo rzadziej i zawsze po pół godziny oddaję Hrabiego w ręce PSa (bo przecież ja do pracy rano więc muszę być wyspana, hehehe). Muszę powiedzieć, że obecny stan rzeczy bardzo mi odpowiada. A niech stracę i powiem, że mogłabym chodzić do pracy i utrzymywać dom, gdyby tylko PS chciał zostać gosposiem ;) .
Na mnie spadło tylko wyprowadzanie psa rano, ale jest to tort obowiązku z wisienką przyjemności na szczycie. Po tylu latach życia odkryłam wreszcie, że jestem rannym ptaszkiem, a nie nocnym markiem :) i wstawanie przed świtem dobrze mnie nastraja na cały dzień. W przeciwieństwie do PSa, który ma dokładnie odwrotnie. Wspólnie ustaliliśmy, że w godzinach nocnych dopuszczalne są czułe zwroty do Hrabiego typu „ty przeklęta mordeczko” czy też „upierdliwy wyjcu, zaraz cię wyrzucę przez okno”, tudzież „kocham cię bardzo ale proszę już zaśnij” (tonem jękliwo-błagalnym). Raz wyrwało mi się „ty kochany sukinsynu”, ale poczułam się jakby mnie ktoś obraził, więc teraz już uważam na słowa. Do tego jak on w nocy się uśmiechnie, albo wyciągnie łapkę i dotknie mojej twarzy… Wszelkie „czułe” słówka znikają i zostaje pełna miłości akceptacja („ale naprawdę kochanie moje już zaśnij…”).
I tak życie się toczy.
W pracy też jakoś idzie do przodu, mimo że nadal nie mogę przekonać się do Laski i szefa. W piątek uszy mi więdły jak słuchałam ich słodzenia:
Laska: Wychodzę na godzinę, mam nadzieję że jak wrócę to mikołaj firmowy przyniesie mi na biureczko chociaż pierniczka, hihi
Szef: Ach, przejrzałaś mój plan. Chciałem iść do sklepu, kupić paczkę krówek i w tajemnicy położyć Ci na biurku.
L: Ojej, naprawdę? Hihi
S: No w tej sytuacji już tego nie zrobię, bo nie ma niespodzianki.
L: Och jej, taki prezent mi przeszedł koło nosa.

I tak dalej w tym guście. Bleeeee…
Tak się właśnie też złożyło, że dawny kumpel z firmy, a od jakiegoś czasu manager, zaproponował mi stanowisko w jego zespole. Biorąc pod uwagę moje samopoczucie w obecnym dziale, możliwe że pochopnie i pod wpływem emocji, postanowiłam przejść do niego. Dawno już miałam na to ochotę, propozycję przejścia słyszałam od niego już nie raz, a teraz miałam przeczucie że jest to raz ostatni, więc skorzystać musiałam. Do tej pory powstrzymywało mnie to, że jest on też szefem B. a na ponowną pracę twarzą w twarz z moim nemezis nie miałam ochoty. Skoro B. odchodzi, układ się zmienia.
No i właśnie wracamy do B., a warto wspomnieć o sytuacji, która wyraźnie pokazuje, że pewne osoby nigdy się nie zmieniają. B. aktywował się jakiś tydzień, może dwa tygodnie temu. Wyciągał mnie na kawę, zagadywał na skype, a wszystko w tonie „jaki to jestem nieszczęśliwy, zaraz rozstanę się ze swoją dziewczyną i ogólnie Anomalio dlaczego mnie to spotyka, dlaczego nam się nie udało, z Tobą byłoby przecież zupełnie inaczej”. Sama nie wiem, dlaczego tego wszystkiego słuchałam, bo ani mi to nie sprawiało przyjemności ani nie dawało satysfakcji (no, może małą, ale taką tyci tyci). Po weekendzie nagle przestał się odzywać w ogóle, a zagadany raz (służbowo), rzucił tylko że zapracowany jest. Nic nowego, ale już się domyśliłam, że musiał spędzić fajny weekend ze swoją dziewoją i po prostu już nie potrzebuje dowartościowywać się na innym (moim) polu.
Do tego przy rozmowie jego obecny a mój przyszły szef rzucił mi, że B. jest teraz bardzo zadowolonym z życia człowiekiem. Na moje zdziwienie, że ostatnio raczej mi narzekał na życie, dodał stanowczo, że mam nie mieć żadnych wątpliwości, bo B. naprawdę jest teraz bardzo szczęśliwym człowiekiem, i wspomniał nawet że ciężko się siedzi i pracuje koło kogoś kto tak radośnie kupuje rzeczy do swojego nowego mieszkania myślami będąc już gdzie indziej. Fakt, B. kupił niedawno mieszkanie i urządzają je razem z jego dziewoją, wszystko się zgadza.
Kurde, dlaczego ja się zawsze łapię na współczucie dla niego jak on mi tak marudzi? Przecież miałam już dziesiątki, nawet setki dowodów, że on mi zawsze będzie narzekał, jak tylko będzie tego potrzebował. Dlaczego gdzieś tam zawsze tli się jakaś nadzieja, że.. Że co, no właśnie. Razem nie będziemy już nigdy. Dlaczego więc tak bardzo pragnę czuć się mu potrzebna?
Dupa. Zmieniam myślenie. Teraz będę patrzeć na to, kto jest mi potrzebny i kto naprawdę mnie potrzebuje. Nie do marudzenia. Do życia! :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii