RSS
 

Archiwum - Listopad, 2016

Ewa #2

24 lis

„I nic tak naprawdę się nie zmienia, nawet jeśli nie zostaje takie samo.” Terry Pratchett

Długo się zastanawiałam nad tym wpisem. Chcę opisać to co się wydarzyło możliwie najobiektywniej, a czas upływający od zdarzenia sprawia że coraz bardziej mnie to wszystko bawi ;) .

Dawno, dawno temu, w mieście B. …

B. miał dziewczynę, taką pierwszą. Drobna, ładna, filigranowa z wielkim biustem – słowem ideał każdego faceta w okolicach 20stki. Ewa. Sam B. przyznał że był wtedy młody i nie wiedział jak dbać o dziewczynę i nie najlepiej ją traktował (jego słowa). Olewał, wolał spedzać czas z bratem na rowerach albo z kumplami, a laska w nim zakochana, no słowem klasyka. Ileś tam trwał ten związek, aż dziewczę wyjechało na wakacje gdzieś (gdzie dokładnie to B. nie wie bo się nawet wtedy tym nie zainteresował) z grupą w której znajdował się jej dobry kolega, ponoć gej, a przynajmniej tak się B. wydawało. Jak to bywa w życiu kolega okazał się całkiem hetero, a na wakacjach udało mu się skutecznie wydostać z friendzone i zdobyć serce nieco zaniedbanej i pewnie niezbyt szcześliwej Ewy. B. ponoć bardzo się wkurzył, przeżył to ciężko i dopiero wtedy odkrył jak bardzo mu na Ewie zależało, więc dziewoja nie miała lekkiego życia przez pewnie jakieś dwa tygodnie, potem sprawa ucichła i okrzepła. Rok później była już zaręczona, a dziś jest szczęśliwą żoną i matką, ale cofnijmy się jeszcze do jakiegoś miesiąca przed jej ślubem.
Nie wiedzieć jak się złozyło że miesiąc przed powiedzeniem „tak” lubemu „nie-gejowi” spotkała się jeszcze raz z B. Mogę tylko się domyślać jakie słowa między nimi padły. B. lakonicznie stwierdził, że chyba chciała z nim jeszcze raz ostatni się przespać zanim przysięgnie wierność innemu („pewnie nie był w tym tak dobry jak ja”, dodał chełpliwie). Jako kobieta mogę spokojnie założyć, że B. nie wypadł nigdy z głowy i serducha młodej Ewy i chciała ostatni raz upewnić się że B. na niej tak naprawdę nie zależy, że nie powalczy o nią, nie zjawi się niczym Bohun na jej ślubie porywając swoją miłość z okrzykiem, że Ona lub żadna inna. Ot, naiwna, ale sprawdziła i teraz już wie.

Dlaczego przytaczam tę historię? Ano czytajcie :)

Pod koniec września jeden kolega odchodził z mojej firmy i robił pożegnalne spotkanie w pubie. Kolega fajny, cały mój dział szedł więc dałam się namówic i też się wybrałam. Buziak dla Hrabiego, akurat zrobił prezent i położył się prędzej, więc pomknęłam na skrzydłach wiatru, albo inaczej na kołach miejsciego autobusu. Już w drodze dostałam info że B. też nagle się tam znalazł (choć z kolegą owym za bardzo się chyba nie znał). „Dowiedziałem się że będziesz” powiedział na mój widok. Trochę mu mina zrzedła, bo od razu napadłam go za kłamstwo które wśród naszych znajomych rozpowszechnia – chodziło o to że B. opowiada że to ja go rzuciłam i to dlatego że poznałam innego, a on się załamał i strasznie to przeżył. Grrr… B. oczywiście wyparł się tych swoich słów i obcesowo rzucił, że głupio się czepiam jakichś starych historii. No nic, odpuciłam, bo jednak nie był to czas ani miejsce, a do tego co z tym zrobie? Nic. Nie mam władzy nad tym co on opowiada innym. Z tym trzeba się pogodzić.
Jakoś tak wyszło, że zaproponował mi podwiezienie. Wiem, wiem, nie powinnam się zgodzić, ale miałam już w głowie że minęła północ a muszę jeszcze psa wyprowadzić. Zaparkował oczywiście po drugiej stronie miasta („bo tam nie ma strefy”) wiec idziemy, ręka w rękę. „Przypominają się stare czasy” mówi B. „Może trochę, ale prawdę mówiąc nigdy nie szliśmy razem przez miasto, nigdy nie miałeś ani czasu ani ochoty” odpowiadam. „Ojku, już się nie czepiaj” usłyszałam, więc szliśmy dalej i nie powiem z takim milczeniem było mi nawet miło. Stanęliśmy przed samochodem, B. patrzy na mnie tym swoim zraniono-rozmarzonym wzrokiem, „Trochę mi zimno” rzucam przestępując z nogi na nogę. B. bez słowa się schylił, myślałam że chciał otworzyć mi drzwi do auta, a ten się pcha i mnie przytula sięgając ustami moich ust. Głupia sytuacja, on mnie całuje, a ja kompletnie nie wiem co robić. Na szczęście krótko to trwało, z zaskoczenia nic nie powiedziałam, więc w końcu przytulił mnie mocno, „Brakowało mi Twojej fajności Anomalio” i otworzył wreszcie drzwi do auta. Wsiedliśmy, ja myśląc tylko o tym czy ktoś mógł mnie zobaczyć i czy nie powinnam strzelić mu w twarz ryzykując wracanie na piechotę z podejrzanej okolicy.
B.: „Nigdy nie przestałem Cię kochać, Anomalio. Bardzo za Toba tęsknię”.
Ja: „No, dla mnie tez nigdy nie będzeisz obojętny B., wiesz przecież, ale lepiej już jedźmy, późno.”
B.: „Dokąd cię zawieźć?”
Ja (zdziwiona): „No, do domu”
B.: „Ale czyjego?”
Ja: … (zaskoczenie odebrało mi mowę dosłownie na kilka minut. Jak on mógł w ogóle pomyśleć, że … Arghhhhh!!! Trzymajcie mnie!)
Ja:”Do mojego”
Westchnął jeszcze ze trzy razy i ruszył. Nie powiem, trochę wspomnienia wróciły, przypomniało mi się jak zawsze lubiłam z nim jeździć, całe 15 minut w samochodzie tylko z nim, z nim nie grającym w fife, najlepszy kwadrans dnia ;) .
Zajechaliśmy pod mój dom i przytuptały do mnie nowe wspomnienia, o wiele szczęśliwsze z Damą srającą na dywanik w przedpokoju na czele, więc już chciałam wychodzić, kiedy chwycił mnie za rękę i patrząc w oczy mówi „Naprawdę nigdy nie przestałem Cię kochać. Co z nami będzie?” . Miałam już dosyć. Tego melodramatu, tego tonu i wzdychania. Dla mnie oczywiste jest że nie będziemy razem. Nie chciał być ze mną kiedy byłam wolna i tylko dla niego, a teraz? W ogóle nie do pomyślenia. „Teraz nic nie będzie. Wieczna tułaczka naszych dusz” rzuciłam, ale cholera ja nie potrafię go tak zranić dobitnie więc powiedziałam to ze sodkim uśmiechem sugerującym że przeżywam to samo co on. „Bądź szczęsliwy B.”, „Jestem sam Anomalio, zupełnie sam. Ech (wzdech…) Bądź szczęśliwa Anomalio”. Przytulił mnie jeszcze na koniec wzdychając parę razy. Uff… Do domu wbiegałam po dwa stopnie czując lekki niesmak (tym że nie potrafię mu wprost powiedzieć żeby dał mi już spokój z tymi pierdołami) a jednocześnie ulgę, że mam inne życie, które mnie pociąga, w którym się odnajduję i w którym nie ma dla niego miejsca. A na co dzień to raczej z tęsknotą wspominam Przyjaciela, a nie B.
Szybko przyszła sarkastyczna refleksja, że B. potraktował mnie tak samo jak Ewę. Anomalia = Ewa #2 ;)
Tyle, że ja to nie Ewa. Nie potrzebowałam upewniać się niczego, B. nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć (pozytywnym przynjamniej), a jego słowa są tylko dzwiękami, bez pokrycia niczym moja karta kredytowa.
Na drugi dzień zagadał jak gdyby nigdy nic na skypie „Co tam słychać?” , „No, namieszałeś mi w głowie” piszę. Tak, wprowadziłam go w błąd, celowo, namieszał mi bo jak mu powiedzieć że już dla mnie niewiele znaczy, jak go zranić ale żeby go nie bolało, albo jak go zranić żeby mnie to nie ruszyło. „To nie gadajmy więcej” odpisał i do tej pory nie miałam z nim żadnego kontaktu.
Nawet przyjemne zakończenie takiej wariackiej historii. Myslę, że kwestię B. mogę już raz na zawsze, ostatecznie zamknąć :) :)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii